Poddaję się...?

Wybaczcie, że tak długo nie pisałem, ale odkryłem, że tak, jednak może być AŻ TAK źle. Minęło już dobre kilka miesięcy, ale nie udało mi się wbić mieszkańcom do głów zupełnie nic. ZERO. Kompletne i przerażające zero. Straciłem już niemal wszystkie zasoby energii, nie jestem pewien, czy uda mi się podnieść po jeszcze jednej porażce. Ci ludzie to największa tragedia, jaką w życiu widziałem, Shakespeare nie umywa się do nich. Moje nalegania na to, aby zmienili styl swojego życia zdają się być na nic! Już nie wiem, co mam robić, okropnie stresuje mnie cała ta sytuacja.
Z drugiej jednak strony, nie mam pojęcia, jak mogę wymagać od ludzi, którzy nie mają obuwia, które mogą włożyć na stopy w czasie mroźnej zimy, wygrzebują w marcu z cudzych pół zgniłe, zeszłoroczne kartofle, aby stosowali zasady higieny. To wysoce niewyobrażalne, gdy o tym myślę, to mam ochotę głośno się zaśmiać - z rozpaczy czy prawdziwego rozbawienia, tego niestety nie wiem.
Spór z aptekarzem wciaż trwa, chociaż nie mam już sił, aby go toczyć. Wszystko mi obojętne, nie zamierzam już przeszkadzam mu w interesach, tylko za to obrywam, a na pewno nic nie zyskuję. Pokładałem wiarę w zwycięstwo swoje i prawdy, było to jednak dawno temu, głównie z powodu, jak zakładam, słabej znajomości prawdziwego, dorosłego życia.
Na tym zakończę tę dzisiejszą tyradę. Nie jestem pewnien, czy jeszcze kiedykolwiek napiszę coś na tym blogu, gdyż nie znajduję w tym już żadnego, nawet najmniejszego, sensu.

(W drugim akapicie zawarty jest odrobinę inaczej sformułowany fragment z tekstu "Siłaczka" Stefana Żeromskiego)

Komentarze

Popularne posty